Koło Łowieckie "LEŚNIK" w Kłodawie

„Figo Fago”

Do psów miałem słabość od zawsze. Może dlatego, że jako syn leśniczego wychowywałem się w leśniczówce, w której stale były przynajmniej dwa psy myśliwskie. Pewnie z tego powodu, kiedy w 1994 roku jako młody jeszcze myśliwy dostałem propozycję opieki i wychowania posokowca zakupionego przez Koło, nie wahałem się ani chwili. Była to zresztą bardzo zwariowana sytuacja, bo wówczas zbyt wiele nie wiedziałem jeszcze o tej rasie i nie zdążyłem nawet zapoznać się z jej eksterierem. Nie było jednak na to czasu - prezes Szołdrowski wsadził mnie do samochodu i pojechaliśmy po psa. Psia rodzina była jeszcze w komplecie, więc do wyboru miałem 9 rozkosznych urwisów. I wtedy właśnie w swojej niewiedzy podjąłem decyzję, która okazała się bardzo znamienna. Wszystkie psiaki były raczej jednolicie brązowe, tylko jeden wyróżniał się białą skarpetką, a że dodatkowo sprawiał wrażenie najbardziej rezolutnego, na niego padł wybór. Dopiero w domu z literatury dowiedziałem się, że białe znaczenia nie są zbyt pożądane u posokowców bawarskich.

Pierwsze dni były dość trudne. Agent, dla przyjaciół Ago, całymi nocami zawodził z tęsknoty. A w związku z tym, że w domu było jeszcze małe dziecko, hałaśliwy maluch pod naciskiem żony wylądował w kojcu. Początki pobytu Aga były bardzo dramatyczne, bo w wieku 2 miesięcy zachorował na śmiertelną chorobę parwowirozę. Walka z nią trwała kilka tygodni. Codziennie kroplówki, zastrzyki, później dietetyczne kleiki i gdyby nie pomoc kilku osób, pewnie by się skończyło źle. Gdy Ago miał rok, poszedł do szkoły. Jego wychowanie miało być profesjonalne, więc na nauki został oddany do gorzowskiego autorytetu w dziedzinie układania psów, Pana Bogdana. Na pierwszej wywiadówce dowiedziałem się, że mój pies do prymusów nie należał. „Panie, jakbyś smycz do żerdzi uwiązał, taki kołek” kwitował Pan Bogdan. Ale w końcu chyba nie było tak źle, bo na próbach posokowców i tropowców w sierpniu 1995 roku zajęliśmy 1 miejsce z dyplomem I stopnia. W cenzurce napisano: bardzo odporny psychicznie, zrównoważony, wytrwały, dobra pasja i chęć do pracy. To był nasz debiut. I ja, i on pierwszy raz uczestniczyliśmy w takiej imprezie. Niestety słodycz sukcesu trochę zepsuły mi (bo Ago miał to prawdopodobnie w nosie) kuluarowe opinie sędziów. Wtedy to pierwszy raz spotkaliśmy się z dyskryminacją z powodu białej skarpetki.

Mniej więcej w tym samym czasie co Ago trafił do naszego domu Fido. Fido był „prawie jamnikiem” szorstkowłosym. W zasadzie wszystko było w porządku, ale kędziorki na grzbiecie i ruda maść zdradzały domieszkę obcej krwi. Jego poprzedni właściciele nie mieli nic wspólnego z łowiectwem i zapewnili mu raczej poduszkowe wychowanie. Niestety, kiedy pojawiło się w ich domu kolejne dziecko, pies stał się zazdrosny i zaczęły się konflikty. Tak czy owak w naszej leśniczówce miejsca było dość również dla Fida. Wkrótce okazało się, że w tym drobnym ciałku drzemał wyjątkowo niezłomny charakter. Takim to sposobem mieliśmy w domu świetny duet niczym Pat i Pataszon. Ago potężnie zbudowany i wysoki jak na „bawara” przystało oraz filigranowy raczej Fido. Jak żartobliwie nazywał ich obu mój szwagier Władek: „ Figo Fago”.

Nasza wspólna przygoda łowiecka miała miejsce się jesienią 1995 roku. W trakcie polowania hubertowskiego, w którym nie brałem udziału, ranny został odyniec. Następnego dnia tuż po pracy umówiłem się z Romanem - miejscowym leśniczym - na poszukiwanie postrzałka. Farba rzeczywiście była, ale wyraźnie świadcząca o strzale na miękkie. Ago podjął trop, ale po kilkuset metrach, gdy doszliśmy do olchowych mokradeł, farba się skończyła i nie byłem już pewien, dokąd zmierzamy. To był nasz pierwszy wspólny bój, więc nie można było powiedzieć, że rozumieliśmy się bez słów. Gdy Roman z Fidem doszli do nas, postanowiliśmy dać psom wolną „łapę”. Zdjęliśmy im otoki i „ogary poszły w las”. Na efekty długo nie musieliśmy czekać. Gdy psy „zagrały”, ruszyliśmy przez oles. Roman ważył pewnie grubo ponad „stówę”, więc szybko został z tyłu a ja jak w transie, nie zważając na wodę i zarośla, pędziłem w wyznaczonym szczekaniem kierunku. Zwierz zatrzymywał się na chwilę osaczany przez niedoświadczony pościg, ale zanim zdążyłem z pomocą, uchodził dalej. W końcu zaczął zapadać zmrok a my mieliśmy już ze trzy kilometry w nogach. Niejeden by może odpuścił, ale psy nie dawały za wygraną a ja jak oficer na polu bitwy nie mogłem zostawić ich bez dowódcy. Koniec końców zwierz wyczerpany ucieczką zaległ w młodniku, odpierając szaleńcze psie ataki. Było już zupełnie ciemno. W gęstym młodniku szanse na precyzyjny strzał były niewielkie. Na szczęście miałem ze sobą latarkę i, zbliżywszy się krok po kroczku na odległość kilku metrów, ujrzałem zwierza. Ago absorbował jego uwagę z przodu, trzymając się w bezpiecznej odległości, natomiast sprytny Fido raz po raz kąsał go w zad, sadzając na ziemi. Pełen obawy o bezpieczeństwo podopiecznych wyczekałem dogodnego momentu i oddałem śmiertelny strzał. Serce waliło mi przeraźliwie a w głowie kołatało się tylko jedno pytanie: czy psy są całe? Szczęśliwie okazało się, że wyszły z tego bez zadrapania. Dzik w prawdzie potworem nie był, ale takie siedemdziesięciokilogramowe wycinki bywają bardzo groźne.

Przez kolejne lata staliśmy się etatowymi poszukiwaczami postrzałków w kole. Koledzy w potrzebie przyjeżdżali o każdej porze dnia i nocy wiedząc, że pomoc otrzymają a jeśli ich kula rzeczywiście sięgnęła celu pokot niemal pewny. Strategia była taka. Na pierwszy ogień szedł na otoku Ago i jeśli zwierz był martwy, najczęściej to wystarczało. Ale gdy potrzebne były posiłki, Fido czekał w samochodzie gotowy do akcji.
Przeżyliśmy razem wiele przygód i bez wahania mogę powiedzieć, że te dziesięć wspólnych lat to był mój najlepszy łowiecki okres. Jak do tej pory takich psów jak mój niesamowity duet nie miałem i bardzo prawdopodobne, że miał nie będę.


Tadeusz Szuszko